W stronę Mołdawii

Opuszczamy Jassy i żegnamy Rumunię. Chcemy dotrzeć do stolicy Mołdawii, choć nie jesteśmy pewni, czy plan z autostopem wypali. Spróbować nie zaszkodzi.

Autostop z Rumunii do Mołdawii?

Mapa wskazuje nam małą stację benzynową położoną przy drodze prowadzącej do Kiszyniowa. Jeśli chcemy przejechać granicę, musimy liczyć na ogromny łut szczęścia, że trafi nam się jakiś kierowca, który będzie miał dwa wolne miejsca i ochotę na zabieranie stopowiczów z ogromnymi plecakami, które mogą przykuć uwagę służby granicznej. Ludzie w Jassy, z którymi rozmawialiśmy na temat wyjazdu z Rumunii, wyrażali sceptycyzm co do naszego planu autostopowego.

deptak w rumuńskim jassy (Iasi)

Przemierzamy jakieś 4 km i jesteśmy u celu. Jeden dystrybutor, mikroskopijna budka dla pracownika, mały plac manewrowy – oto cała stacja paliw. Dziwnie i pusto…
Stajemy nieopodal przy drodze i wpatrujemy się w drogę, na której samochody pojawiają się incydentalnie. Jeśli coś jedzie, to na widok naszego podniesionego kciuka wskazuje, że są tutejsi. Aut z mołdawską rejestracją jest tyle, co na lekarstwo, a gdy już jakiś się pojawia na drodze, to ma komplet pasażerów. Hmmm, nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Prawnik w akcji

W pewnym momencie z zaparkowanego nieopodal samochodu wychodzi facet i zmierza w naszą stronę. W dłoni trzyma telefon i kiedy podchodzi, natychmiast pokazuje ekran, na którym wyświetlają się połączenia autobusowe z Jassy do Kiszyniowa. Zdziwieni to patrzymy na ekran, to na mężczyznę, który jakby czytał w naszych myślach i znał nasz plan. Ten łamaną angielszczyzną tłumaczy, że jest to właściwa droga do Mołdawii, jednak szanse na złapanie stopa są minimalne. Z tego powodu proponuje, byśmy wybrali konwencjonalną komunikację, jeśli chcemy dotrzeć do celu.

Wdajemy się z nim w krótką pogawędkę i dowiadujemy się, że jest prawnikiem, który umówił się w tym miejscu z jakimiś znajomymi. Jedzie z nimi coś załatwić w okolicy i proponuje, że w drodze powrotnej, za jakieś 15-20 minut, może nas zabrać, by podrzucić do centrum w pobliże dworca autobusowego. Wszystko wydaje nam się trochę dziwne, gdy łączymy dane. Prawnik w jakimś starym aucie czekający na odludziu na jakichś znajomków, z którymi załatwia biznes w 15 minut? Nie rozkminiamy tego dalej, bo co nam do tego? Zobaczymy, jak potoczą się wypadki…

cerkiew i rzeźby w jassy pałac kultury w jassy

No i podjeżdża jakiś samochód z dwoma facetami, nasz prawnik wsiada do auta i wszyscy odjeżdżają. Nie mija 20 minut i pojazd wraca, facet wysiada, jego znajomi odjeżdżają. Nasz znajomy wskakuje do swojego auta, podjeżdża po nas, pakujemy plecaki, ładujemy się do środka i ruszamy. Mężczyzna w trakcie jazdy opowiada o Rumunii, odbiera telefony i pyta nas o dalszy kierunek naszej podróży. Ostatecznie podrzuca nas na dworzec autobusowy, a my ledwie zdążyliśmy wypakować plecaki, a tuż przy nas wyrasta jak spod ziemi jakiś człowiek, który pyta, czy chcemy jechać z nim do Kiszyniowa. Kurczę, tu wszyscy czytają w myślach 😉 A tak serio – wynika po prostu, że do Jassy przyjeżdżają ludzie po to, by stąd uderzać do Kiszyniowa. I turystyka tranzytowa kwitnie.

Przejazd do Kiszyniowa

Facet, który do nas podszedł, utrzymuje się z przewozu ludzi przez granicę – kursuje między Jassy a Kiszyniowem. Proponowana przez niego kwota (20 euro) jest porównywalna z ceną biletu autobusowego, więc decydujemy się na kurs samochodem. Robimy jeszcze małe zakupy w markecie, pozbywając się reszty lejów – nazbierało nam się w trakcie tej podróży sporo monet z odwiedzanych krajów, więc staramy się pozbywać zbędnego balastu, gdy tylko jest to możliwe.
Granicę przekraczamy bez żadnego problemu – nasz kierowca jest chyba doskonale znany kontrolerom. Posługuje się dwoma paszportami: rumuńskim i mołdawskim – żonglując nimi tak, by było mu najprościej.
My nasze paszporty wzbogacamy o kolejne pieczątki i jedziemy dalej, prosto do Kiszyniowa.

streetart kiszyniów mołdawia

Pierwsze wrażenia z Kiszyniowa

Po trzech godzinach jazdy jesteśmy na miejscu. Wjeżdżamy do miasta, któremu na początku przyglądamy się zza szyb samochodu. Rzucają nam się w oczy bloki w fatalnym stanie – często z powybijanymi szybami w oknach, brudne i zaniedbane. Za chwilę wjeżdżamy do centrum, gdzie wszystko wygląda znacznie lepiej. Naszą uwagę od pierwszych chwil w Kiszyniowie przyciągają maszerujące ulicami 4-5 osobowe grupki młodziutkich żandarmów. Chłopcy na rzut okiem mają po 16, góra 17 lat. Mijamy ich co chwilę.
W parku przy ulicy, na której jest nasz hostel odbywa się jakiś festiwal i ciężko przedrzeć się wśród tłumu. Od razu dowiadujemy się, że impreza jest biletowana i chyba trudno będzie się na nią dostać, biorąc pod uwagę, że jest już dość późno.

W hostelu zrzucamy plecaki i udaje nam się uniknąć oszustwa recepcjonistki, która próbuje podwójnie naliczyć opłatę za nocleg. Twardo upiera się przy swoim, nawet gdy pokazujemy jej swoją rezerwację ze wskazaną ceną. Gdy żądamy konfrontacji z właścicielem, natychmiast odpuszcza i pobiera właściwą opłatę. Na szczęście takie sytuacje zdarzają nam się rzadko i traktujemy je jak sporadyczne wypadki przy pracy. Bo jednak większość ludzi jest uczciwa i pomocna.

kiszyniów

Tuż przy hostelu znajduje się rekomendowana restauracja ze znanej w Mołdawii sieci Andy’s Pizza. I wszystko, co słyszeliśmy od znajomych na temat tego miejsca, okazuje się prawdą. Świetna pizza, dobry serwis i powalająca cena! Mołdawia jest naprawdę bardzo tania i można tu zaszaleć😉

Spalamy kalorie podczas spaceru po okolicy, cały czas mijając grupy nastoletnich żandarmów. W hostelu wyszukujemy lepszą miejscówkę na kolejną noc, bo o tym, że musimy tu zostać jeszcze co najmniej dwa dni nawet nie musimy ze sobą dyskutować.

Jeśli uważasz, że ten tekst może zainteresować Twoich znajomych - dmuchnij nam w żagle i udostępnij go dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *